Wizyta Baracka Obamy w Polsce nie odbiła się szerokim echem w mediach zagranicznych. W tych amerykańskich miałem problem, żeby znaleźć choćby wzmiankę na ten temat. Nie to, żeby mnie specjalnie ten fakt dziwił. Dziwi mnie co innego – to, że polscy politycy w ostatnim czasie narzekali na mniejsze zainteresowanie Stanów Zjednoczonych naszym regionem. Choć czynniki pozostające poza naszym wpływem, miały tu istotne znaczenie, to także my ponosimy część winy za ten stan rzeczy. Do odbudowania tych relacji musi dojść na zasadzie uwzględnienia interesów obu stron. Do tego potrzebne jest jednak przetasowanie na polskiej scenie politycznej oraz arenie europejskiej.


Polskie władze dążą do jak najściślejszej integracji z Unią Europejską. Wszystkie główne siły polityczne są nastawione do tego procesu entuzjastycznie. Jednocześnie chcą budować coraz bliższe stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Nie trzeba być wyrafinowanym graczem międzynarodowym, żeby stwierdzić, że te dwie kwestie nie współgrają ze sobą. Im bardziej zaawansowany etap integracji politycznej w UE, tym mniejsze zainteresowanie USA naszym regionem. Minęły już czasy ZSRR, kiedy to Stany Zjednoczone kierowały swoją uwagę na rodzący się opór przeciwko totalitarnemu systemowi. Amerykanie przestają mieć u nas po prostu jakikolwiek interes. George Bush Junior potrzebował naszego kraju z uwagi na rozłam w NATO dotyczący II wojny w Zatoce Perskiej. Chciał stworzyć przeciwwagę dla Niemiec i Francji. Jeżeli zaczynamy stopniowo wyrzekać się swojej polityki zagranicznej na rzecz podmiotów unijnych, to oczywiste jest, że Amerykanie będą chcieli rozmawiać z tymi, którzy odgrywają w nich dominującą rolę. Z pewnością takiej roli nie odgrywa Polska. Są to raczej Niemcy i Francja.
Ostatnio słyszałem, że pewien zagraniczny komentator sugerował, jakoby w interesie USA było stworzenie w Europie silnego sojuszu pomiędzy Francją, Niemcami i Polską. Jest to dosyć niedorzeczna propozycja i wynika chyba z niezrozumienia, że UE to nie to samo, co Stany Zjednoczone. Rozbieżność interesów pomiędzy tymi trzema krajami jest na obecną chwilę tak duża, że bardzo trudno jest wyobrazić sobie tworzenie na tej bazie jakiegoś silnego rdzenia. Pomiędzy Polską, a Niemcami stoi choćby kwestia gazociągu północnego, czyli rozbieżne interesy w relacjach z Rosją. W przypadku stosunków Francji z Niemcami, przybierające na sile różnice odnośnie przyszłości UE. Władze francuskie wciąż bezkrytycznie wierzą w sukces obecnego modelu, zaś w Niemczech pojawiają się coraz wyraźniej głosy o tym, że nie jest to dobry kierunek. Do tego dochodzi drobne ochłodzenie z powodu braku porozumienia w kwestii ostatniej wojny w Libii. Należy także pamiętać, że Polska na obecną chwilę nie miałaby wiele do zaoferowania w tego typu partnerstwie. Oznaczałoby to nic innego, jak dominację Francji i Niemiec nad naszym krajem. Wątpię, żeby administracja amerykańska w ogóle rozważała propozycje umacniania takiego „trójkąta”.
Drogę dla poważnego przetasowania na scenie europejskiej otworzy z pewnością porażka obecnego, utopijnego modelu UE. Fakt ten powinien wymusić na nas zadanie sobie pytania, jaką rolę powinna odgrywać Polska na arenie międzynarodowej. Jest bardzo prawdopodobne, że Stany Zjednoczone zdecydują się w przyszłości zmniejszyć swoją aktywność na arenie międzynarodowej. Wymusi to na nich kryzys gospodarczy, za którym ciągnie się nieustannie kryzys finansów publicznych oraz z dużym prawdopodobieństwem kryzys walutowy. Jeżeli Stany Zjednoczone będą chciały w przyszłości stawić czoła gospodarce chińskiej, to nie mają innego wyjścia, jak wycofać się z roli światowego „policjanta” i zająć się przede wszystkim własną gospodarką. Jednocześnie jednak muszą upewnić się, że ich interesy w kluczowych regionach pozostaną utrzymane na przynajmniej umiarkowanym poziomie. Region Europy Środkowej mógłby starać się na zasadach pragmatycznej polityki zabezpieczyć te interesy. Czekający nas w przyszłości upadek obecnego modelu UE, musi zmobilizować polskie władze do poszukiwania pewnej nowej bazy politycznej, która mogłaby znacząco umocnić pozycję naszego kraju. Warto moim zdaniem wrócić do koncepcji budowy ściślejszej koalicji państw Europy Środkowej. Interesy krajów znajdujących się w tym regionie, są dużo mniej rozbieżne niż interesy tych krajów z krajami Europy Zachodniej. Umożliwia to znacznie łatwiejsze porozumienie się w kluczowych kwestiach. Tego typu koalicja byłaby wręcz czymś wymarzonym dla Amerykanów, ponieważ stanowiłaby świetną przeciwwagę dla zbliżenia niemiecko-rosyjskiego z jednej strony i dla imperialnych zapędów Francji (czego uosobieniem jest obecny model UE) z drugiej. Do stworzenia takiego projektu potrzebne są jednak ambicje, których polskim władzom po 1989 roku bardzo brakuje.
Barack Obama powiedział w wywiadzie z Igorem Janke, że Polska może stać się liderem nie tylko europejskim, ale i światowym. Być może na twarzach wielu po tej wypowiedzi zagościł uśmiech. Ja jednak w tej kwestii, jak nigdy, zgadzam się z Obamą. Polska faktycznie ma szansę stać się takim liderem. Do tego potrzebne są jednak zmiany, spośród których najważniejsze są zmiany gospodarcze. Fundamentem dla budowy wolnego, sprawiedliwego i rozkwitającego społeczeństwa, które buduje dobrobyt państwa i jego pozycję gospodarczą na arenie międzynarodowej, jest wolność ekonomiczna. Jeżeli chcemy, żeby Polska przestała być europejskim popychadłem, to nie ma innej drogi niż reformy wolnorynkowe. XX-wiecznym przykładem, jak wejść do światowej ekstraklasy, jest Hongkong, który z małego, niepozornego obszaru, zamienił się w prawdziwego tygrysa azjatyckiego.
Obecne władze naszego kraju nie są zdolne do tak odważnych zmian. W dodatku nie rozumieją one, że klucz do siły Polski, to jej pozycja regionalna. Sukces gospodarczy, który odniósłby nasz kraj dzięki zmianom wolnorynkowym, automatycznie bardzo ułatwiłby stworzenie środkowoeuropejskiej koalicji, a także przyciągnąłby tutaj ponownie uwagę Stanów Zjednoczonych. Szczerze wątpię, czy bez poważnego przetasowania na polskiej scenie politycznej, będziemy w stanie ponownie odgrywać poważną rolę choćby w naszym regionie, nie mówiąc już o Europie. Nie należy myśleć, że zbliżające się kurtuazyjne „przywództwo” naszego kraju przez pół roku w UE, ma jakieś poważniejsze znaczenie dla pozycji Polski.
Łukasz Stefaniak

5 KOMENTARZE

  1. No właśnie… Już dawno nie mogłem pojąć dlaczego wszystkie kraje postkomunistyczne pakują się do UE, zamiast stworzyć jakąś własną strefę wolnego handlu. Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Litwa, Rumunia, Bułgaria…
    Ale kiedyś usłyszałem fajne określenie: „mentalność satelicka”. Otóż nasze elity, które wyrosły po okrągłym stole były tą mentalnością przeżarte – od kogoś musimy być zależni, jak nie od Moskwy to od Brukseli. Ci co rządzą nic nie zrobią. Jakaś fala musi ich zdmuchnąć z politycznej sceny. Nie wierzę, że te zblazowane elity mają w ogóle jakiś wariant, co robimy na wypadek rozpadu Unii Europejskiej…

  2. Nasze elity? A coz to za okreslenie? Kto tu jest NASZ Panie Pawle? Wlasnie szkopul tkwi w tym, ze TU nie ma nikogo NASZEGO! Wrecz jest to zabronione aby tutaj byl ktos nasz. Kto nasz moglby wpasc na pomysl aby PL nie byla „nasza”..I aby wszystko bylo jak trzeba „nasi” ludzie dbaja o to..

  3. @pawel
    Wątpię, że mają jakiś plan. Bardziej spodziewałbym się wielkiego zdziwienia i jakichś panicznych ruchów. Tymczasem wystarczy słuchać, żeby wiedzieć. A jak się już wie, to można się przygotować.
    @Polska
    Trochę tak jest. Kluczowe jest jednak, które kraje tego chcą, bo z pewnością nie wszystkie.

Comments are closed.