Powstająca w błyskawicznym tempie ustawa, która ma ograniczyć ilość podmiotów mających prawo do prowadzenia działalności gospodarczej polegającej na oferowaniu ludziom rozrywki w postaci różnych automatów do gier, wypływa – przynajmniej oficjalnie tak się twierdzi – z przekonania, że owe automaty to przyczyna zła. Ludzie się od nich uzależniają, trwonią majątki i – w ogóle – wpadają w gnój. Skoro tak, no to trzeba zakazać. Dlaczego jednak tylko częściowo? Skoro to takie złe to trzeba  by zakazać całkowicie. Premier lokalnego rządu Donald Tusk i gospodarz Pałacu Namiestnikowskiego Lech Kaczyński pewnie by się w tej sprawie dogadali, gdyby nie mieli przystawionego do głów pistoletu mafio-bezpieki, która przecież musi z czegoś żyć. Zarobione na nielegalnych narkotykach pieniądze musi prać choćby w legalnych kasynach… I tyle.
Ale skoro mowa o uzależnianiach i o tym, jak dzielnie walczy z nimi władza, by ludziom przypadkiem nie działa się krzywda, warto by wspomnieć o jeszcze jednym rodzaju uzależnienia, o którym jakoś głośno się nie mówi. Chodzi mi o uzależnienie od władzy. Iluż takich uzależnionych krząta się po sejmie, senacie, kancelarii premiera czy w Pałacu Namiestnikowskim… Myślę, że szukając uzależnionych od władzy wśród obecnej tzw. klasy politycznej, znaleźlibyśmy wcale niemałą rzeszę. Jaką korzyścią dla społeczeństwa byłoby odizolowanie tych ludzi od świata i poddanie ich terapii. To są przecież chorzy ludzie. Skoro alkoholizm to choroba, narkomania to choroba, uzależnienie od gier to choroba, to i uzależnienie od władzy to także – trzymając się współczesnej terminologii – choroba. Iluż to chorych chodzi po tym świecie!
Wszystkich uzależnionych od władzy należałoby zamknąć w zakładach psychiatrycznych i poddać terapii. Mogłaby to być terapia grupowa. Na czele takiej grupy widziałbym z całą pewnością Stefana Niesiołowskiego. Jego opowieści o motylach na pewno kojąco wpływałyby na pozostałych uczestników grupy. Niesiołowski, Tusk, Kaczyńscy, Pawlak, Napieralski… Długo by wymieniać. Byłoby kogo leczyć. Podczas tzw. chwili szczerości na seansie terapeutycznym, Lech Kaczyński mógłby na przykład powiedzieć: „Władza tak bardzo mnie zaślepiła, tak bardzo zaślepiła mojego brata, że aż sprzedałem mój kraj, wydając go na pastwę międzynarodówki biurokratycznej. Wstydzę się tego co zrobiłem, czuję się zdrajcą i gdybym tylko mógł cofnąć czas… Wiem, że zasługuję tylko na stryczek, ale jestem tu po to, by spojrzeć prawdzie w oczy, by wyleczyć się ze zdrady i próbować naprawić co się da… Chcę zerwać z nałogiem i zamiast zabiegać o władzę za wszelką cenę, pragnę wreszcie służyć ojczyźnie. Pomóżcie mi…”. Premier Tusk mógłby wyznać: „Tak, jestem chory. Widać to choćby po moim pełnym nienawiści spojrzeniu. A miało to być spojrzenie miłości… Ale cóż, chorowanie na władzę czyni człowieka podłym. Te pozy, te miny, te uśmieszki… Chcę już z tym skończyć. A mogłem być porządnym, normalnym, szczerym liberałem gospodarczym i wcielać w życie wolny rynek. A ja, chory na władzę, wepchnąłem mój kraj do biurokratycznej klatki zwanej UE. Wstyd mi i chcę przed Trybunał Stanu. Ale najpierw pomóżcie mi, wyleczcie mnie…”.
Takich wyznań mogłoby by być znacznie więcej… Oby jak najwięcej. Wówczas byłaby nadzieja na to, że kraj, wolny od tych chorych ludzi, złapałby głębszy oddech. Ile złych ustaw by nie powstało!!! Jest jednak warunek podstawowy: chory musi najpierw uświadomić sobie, że jest chory. W przeciwnym razie, gdy szkodliwość jego działań będzie już nie do zniesienia dla zwykłego człowieka, trzeba go będzie zawinąć w pas bezpieczeństwa i wywieźć. Osobiście twierdzę, że ten drugi wariant jest bardziej prawdopodobny…
Paweł Sztąberek

2 KOMENTARZE

  1. Rzecz jasna te psychiatryki mają być finansowane przez partie, które ich do władzy promowały 😉 Inaczej znów podatnik zapłaci za osłów, których przez cały czas utrzymuje.

  2. Panie Pawle. Sądzę, że uzależnienie od władzy u tych o których Pan pisze, jest w 100%-tach autentyczne. Ale nie znalibyśmy ich uzależnienia, gdyby ktoś na nich nie głosował w poprzednich wyborach. Kto i kiedy zacznie ich leczyć i na czyj koszt.

Comments are closed.