Kiedy Komisja Europejska ogłosiła, że polskie stocznie mają zostać sprywatyzowane albo zlikwidowane stało się jasnym, że właśnie wydany został wyrok śmierci na polski przemysł stoczniowy. Logicznym bowiem był wniosek, że przy takim ultimatum nie znajdzie się żaden inwestor, który zechce się bawić w podpisywanie umów z rządem i związkami zawodowymi, skoro będzie miał możliwość wykupić polską konkurencję za bezcen i bez zobowiązań. W tej sytuacji rząd Donalda Tuska mógł jedynie robić dobrą minę do złej gry, co zresztą zrobił i nadal robi wciąż budząc nadzieję w ludziach przerażonych widmem bezrobocia. Protestującym we wtorek w Warszawie stoczniowcom nikt nie był uprzejmy powiedzieć, że ich obecna sytuacja nie jest żadnym kryzysem, tylko rezultatem przystąpienia Polski do UE na takich, a nie innych zasadach. A przecież ktoś się na to zgodził w referendum 2003 r., choć wielu ostrzegało, że zasady członkostwa Polski w UE są wyjątkowo dla RP niekorzystne. Do palących opony w bezsilnym proteście stoczniowców nie przyszedł też żaden eko – aktywista, żeby ich przekonać, że likwidacja przemysłu ciężkiego to przecież mniejsza emisja CO2, a to przecież dobrze. Na marginesie warto zadać pytanie, czy polski przemysł stoczniowy był, czy nie był uwzględniony w przyznanych Polsce limitach emisji CO2?

Obok protestu stoczniowców oraz relacji z komisyjnego baraszkowania nad hazardem główne miejsce w serwisach informacyjnych zajęła afera związana z senatorem Piesiewiczem w roli głównej. I choć premier Tusk zapowiedział koniec jego kariery politycznej, to w obronę klubowego kolegi zaangażował się senator Kutz oburzony faktem, że Polacy chcą wiedzieć kim są ich przedstawiciele. Tego, że łamanie prawa przez tychże przedstawicieli stanowi zagrożenie dla polskiego państwa, gdyż naraża ich na szantaż, jakoś nie raczył wziąć pod uwagę, bo i po co mózgownicę zbytnio obciążać?

Tymczasem cichutko i bez większych emocji, a nawet szerszych wzmianek w mainstream’owych mediach, wprowadzone zostały przepisy legitymizujące pełną inwigilację społeczeństwa. Pierwszy jest dyrektywą UE o retencji danych i wejdzie w życie już 1 stycznia 2010 r. W myśl jego zapisów operatorzy telefonów komórkowych będą zobowiązani do przechowywania wszystkich danych o lokalizacji użytkowników w momencie nawiązywania połączenia oraz przez cały czas rozmowy. Drugi, to lokalna wersja cenzury, czyli tzw. ustawa hazardowa, która między innymi pozwala służbom bezpieczeństwa na gromadzenie wszelkich danych o obywatelach, niezależnie od tego, czy jest wobec nich prowadzone postępowanie, czy nie. Dzięki temu osoby korzystające z internetowych usług bankowych mogą zapomnieć o tajemnicy bankowej, użytkownicy e – maili o tajemnicy korespondencji itd. I nic, zero reakcji! Dziennikarze, którzy w czasie rządów PiS – u cierpieli na bezsenność z powodu policyjnego charakteru państwa i „zagrożenia demokracji” teraz jakoś śpią spokojnie. Czyżby liczyli na immunitet?

Ale wszystko to furda, gdyż nasz charyzmatyczny premier zapowiada, że jeśli zostanie prezydentem, to zrobi takie reformy, że Polska przeżyje prawdziwy „skok cywilizacyjny”. Abstrahując od realizacji jego dotychczasowych obietnic „cudów gospodarczych” czy „podatków liniowych” warto zauważyć, że PO właśnie forsuje projekt nowelizacji konstytucji wprowadzający w Polsce kanclerski system rządów, gdzie prezydent pełni właściwie rolę przysłowiowego „kwiatka przy kożuchu”. Jak wtedy zrealizuje swoje obietnice – nie wiadomo. Należy się zatem obawiać, że ów zapowiadany przez premiera „skok cywilizacyjny” odbędzie się nie tylko do tyłu, ale również być może na główkę do pustego basenu. Strach tym większy, że może się okazać iż reanimację przeprowadzać będzie własnoręcznie minister Kopacz.

Michał Nawrocki

2 KOMENTARZE

  1. Byli i madrzy(niewielu) przed szkoda ale ich nie sluchano,albo raczej nie pozwolono sluchac.Najlepszym komentarzem do tego co sie obecnie dzieje w Polsce jest felieton Michalkiewicza ” Groteskowe spektakle”.

Comments are closed.