Programy pomocowe rozkręcają się na dobre i przynoszą spodziewane skutki w postaci braku jakichkolwiek pozytywnych skutków. A więc krótko mówiąc pożądanych efektów w zasadzie brak, a jedyne co słyszmy w wiadomościach, to o ciągłym poszerzaniu wcześniej ustalonych z powietrza limitów. Z jednej strony ilość państwowego pieniądza wydawanego na upadające firmy się zwiększa, a z drugiej zaś rośnie również zakres klienteli owej pomocy.
W tej atmosferze coraz bardziej powszechnego rozdawnictwa firma Opel ujawniła swój szantaż. Jeśli rząd niemiecki nie zamierza dopłacić do jej produkcji, wtedy zamknie swoje 3 fabryki i zwolni 20 procent personelu. Rząd póki co dzielnie odmawia udzielenia pomocy, ale jak długo wytrwa w swoich postanowieniach, wkrótce się przekonamy. Chociaż zajmuje dosyć twarde stanowisko w owej sprawie, to niedługo możemy zostać poinformowani o tym, że jednak w wyniku zaistnienia jeszcze bardziej krytycznej sytuacji i nieprzewidywalnych wcześniej warunków, pomoc będzie jednak konieczna.
Pesymistyczny scenariusz w szantażu Opla nie jest wielką katastrofą. Redukcja personelu i zamkniecie fabryk nie są rzeczą przyjemną, ale pytanie, które należy sobie zadać – dlaczego ma to nastąpić? I praktycznie od razu pojawia się odpowiedź: ponieważ Opel najwyraźniej produkuje coś, co nie jest pożądane przez konsumentów. Czyli produkuje nieużyteczną produkcję. Czy jeśli wobec tego produkuje nieużyteczną produkcję, nie należy, aby przypadkiem tej produkcji zaprzestać?
Nie. Zamiast jej zaprzestać i przeprowadzić konieczną restrukturyzację do zmieniających się warunków lepiej sięgnąć do kieszeni ludzi, którzy nie mają nic do gadania, czyli do kieszeni podatników. Stary, dobry sprawdzony sposób, lubiany przez wielki biznes, hołubiący socjaldemokratyczny ład. I nieważne, że ci podatnicy gdyby chcieli pomagać koncernom samochodowym, to mogliby je wesprzeć z własnej kieszeni. Wszak chodzi w istocie o to, jak podsumował jeden satyryczny rysunek, że wiemy, iż nie kupilibyście naszych kiepskich samochodów, więc i tak weźmiemy wasze pieniądze.
Przy tych programach stosuje się często również praktycznie otwarty szantaż, lubiany przez specjalistów od socjologii: jeśli nie dacie nam pieniędzy, to zwolnieni ludzie zaczną się organizować, strajkować, blokować drogi i rzucać płonącymi pochodniami w parlament. W Detroit zapewne dojdzie do zamieszek i rewolucji. Nie znam się aż tak na prawie, ale intuicja podpowiada, że nie różni się do niczym od standardowej zbrojnej napaści, w której się żąda od ofiary pieniędzy, bo w przeciwnym razie komuś się stanie krzywda. Ach tak, zupełnie zapomniałem, że przecież ustawa na takie działanie pozwala związkom zawodowym, a nie przypadkowym jednostkom.
Nie powinniśmy jednak zapominać o podstawowej prawdzie, którą kiedyś przedstawił pewien wybitny francuski ekonomista. Wybijanie szyby przynosi pracę szklarzowi, ale jednocześnie uniemożliwia inwestowanie pieniędzy w innym sektorze, w którym również są zatrudnieni ludzie. Analogicznie rozdawnictwo publicznych pieniędzy pomaga jakimś firmom, ale te pieniądze w końcu nie lecą z nieba, tylko ktoś musi je dostarczyć. I wcale nie należy wykluczać możliwości rewolucji i zamieszek ze strony ludzi, którzy nie organizują się dzisiaj tak dobrze w lobby jak wielkie środowiska finansów. Sklepikarze i drobny biznes robiący zrzutkę na rekinów biznesów mogą też w końcu stracić cierpliwość.
Mateusz Machaj
Źródło: www.mises.pl