Niedawno znajomy oznajmił mi, że reformę polskiej służby zdrowia należałoby zacząć od „eksterminacji konowałów”. Nie zdążyłem go spytać czy aby skaleczył się w palec, a stwierdzono u niego marskość wątroby, czy też poszło o coś innego. Gdy emocje opadły obaj uznaliśmy, że problem tkwi jednak zupełnie gdzie indziej, a eksterminacja „konowałów” wszystkiego nie załatwi.



Póki co zatem, najwyższy personel „służby zdrowia” może spać spokojnie. Nie będziemy eksterminować. Jeśli coś należałoby poddać eksterminacji, to raczej nasz półświatek polityczno-biurokratyczny (piszę „półświatek”, gdyż cała ta ferajna niewiele różni się od pospolitych bandytów, mafiozów i innych tego typu…). To on stworzył system, w którym zanim człowiek dostanie się do specjalisty to pięć razy może zdążyć umrzeć.
System jest wyjątkowo perfidny ponieważ utrzymuje całą zbiurokratyzowaną państwową służbę zdrowia, a jednocześnie zmusza ludzi do korzystania z usług prywatnych praktyk. A zmusza w ten sposób, że niejeden pacjent, zanim doczeka się wizyty u specjalisty, będzie musiał odwiedzić tegoż samego specjalistę w jego gabinecie prywatnym, po której to wizycie wyjdzie z portfelem o 100 zł lżejszym. I wszystko byłoby pięknie i jak najbardziej OK, gdyby rzeczony pacjent jeszcze tego samego dnia mógł udać się do siedziby NFZ z wnioskiem o zwrot tych 100 zł. Niestety tak nie jest, dlatego ta forma prywatyzacji służby zdrowia, jaką stopniowo fundują nam nasi rządzący mafiozi, to perfidna kradzież, którą trudno popierać nawet zwolennikom wolnego rynku.
Ale do meritum… Otóż jest w III RP – jak się okazuje – grupa obywateli, która nie musi czekać na wizytę u specjalisty pół roku albo i nierzadko dłużej. Nie, nie chodzi o polityczne „elyty”, które mają wszystko na zawołanie. Ta grupa to … więźniowie. Otóż Najwyższa Izba Kontroli przygotowała raport na temat dostępności opieki zdrowotnej w zakładach karnych. I co czytamy w jednym z fragmentów tego raportu? Okazuje się, że „(…) na specjalistyczne porady lekarskie udzielane w więziennych podmiotach leczniczych osadzeni oczekiwali przeważnie do 14 dni”.
Więzień to też człowiek. To nie ulega wątpliwości. Może, w wielu przypadkach, jest to nawet człowiek, który wymaga nie tylko oddania mu tego, co mu się należy, ale także pomocy. Czy jednak przywileje jakimi cieszą się w dzisiejszych czasach przeróżne „marginesy” życia społecznego nie idą zbyt daleko? Więzienie to – jak pamiętam z socjologii – instytucja totalna, zamknięta. Obowiązują w niej specyficzne reguły, zarówno personel jak i „pensjonariusze” poddawać się muszą określonym rygorom narzucanym odgórnie przez Lewiatana. Ale więzienie to też miejsce, gdzie skazańcy odbywają karę, gdzie mają odpokutować za przestępstwa popełnione poza jego murami. Więzień powinien odczuwać dotkliwość kary, nie żeby w ogóle odcinać go od wszystkiego, co przynależy ludziom na wolności, jednak by dostarczać mu tego we właściwych, odpowiadających poczuciu sprawiedliwości, proporcjach.
Jednak dziś wszystko postawione jest na głowie. I czy – w związku z tym – od władzy, która ze sprawiedliwością ma niewiele wspólnego, można wymagać SPRAWIEDLIWOŚCI? Pamiętam przed laty, pan Stanisław Michalkiewicz tak komentował fakt zniesienia kary śmierci w III RP: „Szubienicznicy znieśli karę śmierci”… Czyż w tej sytuacji nie jest podobnie? Czy polityczne „elyty”, mając świadomość tego, że wcześniej czy później same mogą stać się pensjonariuszami zakładów karnych, nie myślą już teraz o swojej przyszłości? Cwane bestie!
Paweł Sztąberek
Foto.: astrojawil.pl/arch_ptryb.htm