Zapraszamy do przeczytania pierwszego rozdziału książki Ryszarda Terleckiego „Polska w niewoli 1945-1989. Historia sowieckiej kolonii”, wydanej przez Wydawnictwo AA.

*  *  *

Mżył drobny, ciepły deszcz, gdy kilkanaście minut po godzinie drugiej w nocy 7 maja 1945 roku, w Reims, w głównej kwaterze Sprzymierzonych, niemiecki generał Alfred Jodl podpisywał bezwarunkową kapitulację Niemiec. Następnego dnia, we wtorek 8 maja, walki stopniowo zamierały na większości frontów. Gdy 9 maja niebo przejaśniało nad ranem, po raz pierwszy od wielu miesięcy wschodowi słońca towarzyszył głos ptaków, a nie głuchy pomruk artyleryjskiej kanonady.

Czy wojna skończyła się dla wszystkich? W Polsce, w której drogi już obeschły po wiosennych roztopach, z dnia na dzień nasłuchiwano ważnych wiadomości. Decyzje konferencji Wielkiej Trójki w Jałcie, podczas której Roosevelt, Churchill i Stalin dogadali się w sprawie zakończenia wojny i urządzenia powojennego świata, nie pozostawiały złudzeń co do kształtu wschodniej granicy Rzeczpospolitej. Linia rozdzielająca niemiecką i sowiecką strefę okupacyjną z jesieni 1939 roku miała teraz podzielić Polskę niemal dokładnie na pół, wschodnią część pozostawiając w granicach Związku Sowieckiego. Za nowym kordonem miały pozostać polskie miasta: Lwów, Stanisławów, Tarnopol, Drohobycz, Stryj, Kołomyja, Krzemieniec, Łuck, Kowel, Brześć, Grodno, Lida, Wilno, Nowogródek, a także setki miasteczek i tysiące wsi, stare zamki, pałace i dwory, kościoły i klasztory, uniwersytety i szkoły, fabryki i gospodarstwa, cmentarze z czasów pokoju i wojen – wielkie, niezmierzone bogactwo krajobrazu i przyrody, kultury i narodowego dziedzictwa. Rekompensata, którą Polska miała uzyskać w postaci zdobytych ziem III Rzeszy, w tym czasie wciąż jeszcze pozostawała sprawą otwartą.

Ale utrata połowy przedwojennego terytorium nie oznaczała jeszcze pewności, że reszta Rzeczpospolitej zostanie uratowana. W Jałcie zapowiedziano utworzenie nowego tymczasowego rządu i rychłe wybory, jednak na razie całkowita władza pozostawała w rękach dowódców sowieckich garnizonów i punktów etapowych, a przede wszystkim w rękach jednostek NKWD, liczących ponad 35 tysięcy ludzi, zachowujących się tak, jakby sowieckie prawo sięgało aż po zdobyty właśnie Berlin. U boku Sowietów tworzyła się administracja organizowana przez polskich komunistów, ale poza kilkoma dużymi miastami jej placówki bardzo powoli i ostrożnie instalowały się w terenie. Przeszkodą był rosnący opór, nasilający się zwłaszcza wtedy, gdy masy sowieckiego wojska opuściły polskie ziemie i pomaszerowały na zachód, zdobywać, a następnie okupować Niemcy.

polska_w_niewoli_oklDziałający od 31 grudnia 1944 roku komunistyczny Rząd Tymczasowy, przekształcony z utworzonego w Moskwie kolaboranckiego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN), starał się podkreślać swoją obecność, jednak tak, aby niczym nie narazić się swoim sowieckim mocodawcom. Jego członkowie, na czele z marionetkowym premierem i byłym socjalistą Edwardem Osóbką-Morawskim, nie wiedzieli nawet, czy zarządzane przez nich terytorium uzyska status osobnego państwa, satelickiego wobec Moskwy, czy też zostanie w całości przyłączone do ZSRS jako kolejna sowiecka republika. Dlatego w Rządzie Tymczasowym za zadanie najważniejsze uznano tworzenie własnych sił bezpieczeństwa, słusznie wychodząc z założenia, że w tej akurat sprawie wysiłek polskich komunistów zostanie doceniony przez Stalina. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, kierowane przez Stanisława Radkiewicza, członka przedwojennej Komunistycznej Partii Polski (KPP), a w czasie wojny oficera politycznego w polskiej dywizji tworzonej u boku Czerwonej Armii, nadzorowało zakładanie wojewódzkich i powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa (UB), stanowiących lokalne zaplecze dla władzy NKWD. W maju Rząd Tymczasowy dysponował już 12 tysiącami funkcjonariuszy UB, mniej więcej tyle samo liczyła Milicja Obywatelska, a Wojska Wewnętrzne na początku maja osiągnęły liczbę 23 tysięcy żołnierzy i oficerów (wśród tych ostatnich liczną grupę stanowili „oddelegowani” Sowieci). Głównym zajęciem zarówno NKWD, jak i jego polskiej przybudówki było wyłapywanie tych wszystkich, którzy w czasie okupacji działali w konspiracji – zarówno wojskowej, jak i cywilnej. Nieprzerwanie trwały akcje pacyfikacyjne, jedną z największych przeprowadzono w lipcu 1945 roku w rejonie Suwałk i Augustowa. W jej rezultacie NKWD zamordowało kilkaset osób, których grobów nie udało się odnaleźć. Według dokumentów NKWD w czerwcu 1945 roku w sowieckich łagrach znajdowało się ponad 12 tysięcy, a w miejscach zesłania i batalionach roboczych ponad 10 tysięcy osób wywiezionych z Polski już po przesunięciu się frontu na zachód.

Tymczasem Armia Krajowa, czyli polskie podziemne wojsko, została rozformowana 19 stycznia 1945 roku przez jej ostatniego Komendanta Głównego gen. Leopolda Okulickiego. Po militarnych sukcesach, ale politycznych niepowodzeniach operacji „Burza”, przeprowadzonej we wschodnich województwach Rzeczypospolitej, a także po kapitulacji Powstania Warszawskiego, utrzymywanie w konspiracji organizacji liczącej ponad 400 tysięcy żołnierzy i oficerów nie było już możliwe. W ostatnim rozkazie Okulicki pisał:

„Żołnierze Armii Krajowej. Daję Wam ostatni rozkaz. Dalszą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa i ochrony ludności polskiej przed zagładą. Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą. W przekonaniu, że rozkaz ten spełnicie, że zostaniecie na zawsze wierni tylko Polsce oraz by Wam ułatwić dalszą pracę – z upoważnienia Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zwalniam Was z przysięgi i rozwiązuję szeregi AK.
 W imieniu służby dziękuję Wam za dotychczasową ofiarną pracę. Wierzę głęboko, że zwycięży nasza Święta Sprawa, że spotkamy się w prawdziwie wolnej i demokratycznej Polsce.”

W leśnych oddziałach odczytywano ten rozkaz przed frontem żołnierzy, w konspiracyjnych lokalach dowódcy na pożegnanie ściskali rękę swoim podwładnym. Ale niemal wszyscy mieli świadomość, że chociaż zmieniają się warunki funkcjonowania podziemia, to o żadnym ujawnianiu się nie może być mowy i wkrótce należy spodziewać się nowych rozkazów. Na polecenie Okulickiego zachowywano sztaby i ukrywano broń, wypłacano żołd i zabezpieczano „lewe” dokumenty, nadal działała sieć łączności, gromadzono informacje o poczynaniach nowych okupantów i ich komunistycznych kolaborantach.

Gdy na początku lutego prezydent Władysław Raczkiewicz, wraz z konstytucyjnymi władzami Rzeczypospolitej wciąż przebywającymi w Londynie, potwierdził rozkaz Okulickiego, jeden z największych polskich poetów XX wieku, Kazimierz Wierzyński napisał gorzki wiersz „Na rozwiązanie Armii Krajowej”:

„Za dywizję wołyńską, nie kwiaty i wianki –
Szubienica w Lublinie. Ojczyste Majdanki.

Za sygnał na północy, Bój pod Nowogródkiem –
Długi urlop w więzieniu. Długi i ze skutkiem.

Za bój o naszą Rossę, Ostrą Bramę, Wilno –
Sucha gałąź lub zsyłka na rozpacz bezsilną. […]

Zwinąć chorągiew z masztu. Krepą jest zasnuta
Za dywizję Rataja, Okrzei, Traugutta.

Pociąć sztandar w kawałki. Rozdać śród żołnierzy,
Na drogę niech go wezmą. Na sercu niech leży.”

W podziemiu pozostawała jeszcze organizacja „Nie”, od wiosny 1944 roku budowana przez pułkownika, a następnie generała Augusta Emila Fieldorfa, której głównym zadaniem – już w warunkach okupacji sowieckiej – było zabezpieczenie łączności między sztabem Naczelnego Wodza w Londynie, a wojskową konspiracją w kraju. „Nie” miała pełnić rolę wywiadu i kontrwywiadu, w razie potrzeby organizować samoobronę, nie planowano jednak ani akcji dywersyjnych, ani tym bardziej tworzenia oddziałów partyzanckich. Ale wobec rozwiązania AK, to właśnie strukturom „Nie” usiłowała podporządkować się znaczna część oddziałów oraz komórek konspiracji, czekających na dalszy rozwój wydarzeń. Jej formalnym dowódcą pozostawał gen. Okulicki, używający obecnie pseudonimu „Niedźwiadek”, który jednak, zajęty rozmowami z cywilnym kierownictwem Polskiego Państwa Podziemnego, kierowanie organizacją pozostawił w rękach gen. Fieldorfa „Nila”. W konspiracji działały też nadal formacje wojskowe ugrupowań narodowych: Narodowe Siły Zbrojne (NSZ) oraz utworzony jesienią 1944 roku – po oddzieleniu się od AK – Narodowy Związek Wojskowy (NZW).

Wczesną wiosną 1945 roku Sowieci zadali bolesny cios polskiemu podziemiu, a równocześnie pokazali Polakom, jak bardzo mogą lekceważyć opinię ich zachodnich sojuszników. Kiedy w końcu lutego Rada Jedności Narodowej (RJN), czyli cywilne kierownictwo konspiracji, aby ratować przynajmniej szansę zachowania w przyszłości suwerenności Polski, postanowiła pogodzić się z ustaleniami konferencji w Jałcie, stało się oczywiste, że zachodni alianci będą domagać się udziału jej polityków w rozmowach na temat powołania nowego polskiego rządu.

Sowiecka reakcja była natychmiastowa. Już 9 marca gen. Okulicki oraz Jan Stanisław Jankowski, Delegat Rządu RP na Kraj, a zarazem działający w konspiracji wicepremier konstytucyjnego rządu Rzeczypospolitej, otrzymali od pułkownika NKWD Pimienowa zaproszenie na rozmowy, których celem miało być omówienie najważniejszych problemów Polski uwolnionej od niemieckiej okupacji. List zawierał gwarancję bezpieczeństwa, poręczoną słowem honoru sowieckiego oficera. Już sam fakt, że list w ciągu zaledwie kilku dni mógł dotrzeć do jego adresatów, wskazywał na to, że zostali oni rozpracowani przez sowiecki wywiad.

Sytuacja była bez wyjścia. Zgodzić się na spotkanie to oddać się w łapy NKWD – co do tego Okulicki i Jankowski nie mieli wątpliwości. Zignorować zaproszenie, to dać Sowietom wygodny pretekst do oskarżeń o współpracę z hitlerowskimi Niemcami. Przecież trwa jeszcze wojna, a Polacy pozostają w konspiracji na tyłach Czerwonej Armii. Obawiano się także, że w razie odmowy Sowieci i tak aresztują przywódców podziemia.

Przez kilka dni trwały gorączkowe narady. Do podjęcia rozmów namawiali także zaproszeni przez Sowietów przedstawiciele konspiracyjnych stronnictw, szczególnie ludowcy. Mimo negatywnych opinii, które nadeszły z Londynu od premiera Tomasza Arciszewskiego i pełniącego obowiązki Naczelnego Wodza gen. Władysława Andersa, 27 marca Jankowski, gen. Okulicki i Kazimierz Pużak, przewodniczący RJN stawili się w Pruszkowie, w willi ustalonej jako miejsce spotkania. Zostali tam aresztowani przez gen. Sierowa (występującego jako gen. Iwanow) i samolotem przewiezieni do Moskwy. Taki sam los spotkał przedstawicieli stronnictw, którzy następnego dnia zjawili się w Pruszkowie. Wszystkich szesnastu podstępnie uwięzionych przedstawicieli władz Polskiego Państwa Podziemnego Sowieci umieścili w moskiewskim więzieniu na Łubiance.

Aleksander Bregman, polski dziennikarz akredytowany na konferencji w San Francisco, na której powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ) – Polska na tej konferencji nie była reprezentowana, bo na udział polskiego rządu z Londynu nie zgodzili się Sowieci, a obecności „rządu tymczasowego” z Warszawy nie mogli zaakceptować zachodni alianci – opisał zaskoczenie świata wiadomościami z Polski. Przytaczał fragmenty depeszy nadesłanej przez podziemną radiostację: „Nie wykluczamy możliwości, że dalsze dyskusje toczą się pod presją lub też, że ci ludzie zostali formalnie aresztowani. Prosimy o natychmiastową interwencję u rządów sojuszniczych”.

Tymczasem alianci obawiali się, że w Moskwie trwają poufne rozmowy, w rezultacie których komunistyczny Rząd Tymczasowy zostanie poszerzony o kilku polityków z okupowanego kraju, a tym samym postanowienia konferencji w Jałcie będą wykonane za plecami Brytyjczyków i Amerykanów. Tym bardziej, że od dwóch miesięcy Sowieci znali nazwiska członków władz Państwa Podziemnego, ujawnione przez polski rząd na prośbę Foreign Office. Bregman pisał: „Trudno było uwierzyć, by Rosjanie rzucili Wielkiej Brytanii tego rodzaju wyzwanie, jakim byłoby aresztowanie przywódców polskich po uzyskaniu od rządu brytyjskiego ich nazwisk”. Niestety, wszystko wskazywało na to, że Brytyjczycy ułatwili pracę NKWD.

Przez kilka tygodni los dowódcy AK i polskich polityków był nieznany. Na konferencji w San Francisco zarówno Edward Stettinius, sekretarz stanu USA, jak i Anthony Eden, brytyjski minister spraw zagranicznych, wiele razy bezskutecznie pytali o to sowieckiego ministra Mołotowa. Rosyjscy politycy zapewniali, że o „zaginionych” Polakach nic nie wiedzą. Informacyjna bomba wybuchła – zapewne nieprzypadkowo – 3 maja, w dniu polskiego święta. Bregman przytoczył dialog, jaki miał miejsce na bankiecie, wydanym przez Stettiniusa dla zagranicznych gości:

„Pod koniec obiadu Stettinius rzucił pod adresem komisarza sowieckiego już niemal stereotypowe pytanie, czy wreszcie otrzymał jakieś wiadomości o losie zaginionych przywódców polskich. Prawdopodobnie nie oczekiwał nawet odpowiedzi – już tyle razy przecież Mołotow odpowiadał, że nic o tym nie wie.
Ale Stettiniusa czekała niespodzianka. Mołotow niedbale, jakby od niechcenia, odpowiedział:
– O tak, zupełnie zapomniałem panu powiedzieć. Zostali oni aresztowani przez Armię Czerwoną.
Stettiniusa aż zatkało. Eden, również podniecony, zapytał: – Za co?
Mołotow wciąż z tą samą niedbałością:
– Określamy to jako działalność dywersyjną przeciw Czerwonej Armii.
Stettinius, przychodząc do siebie: – Ale jakie są konkretne zarzuty?
Mołotow, nie przerywając w dalszym ciągu jedzenia, flegmatycznie odpowiedział: – Okaże się na procesie.
– To będziecie ich wszystkich sądzić? – zapytał Stettinius z tak charakterystyczną dlań naiwnością; trudno mu było to pojąć.
– Nie, tylko winnych – brzmiała brutalnie bezczelna odpowiedź Mołotowa.
Stettinius, zdenerwowany, oświadczył wówczas, że będzie musiał złożyć na ten temat oświadczenie prasie. Mołotow wzruszył ramionami.”

Ale następnego dnia światowa prasa nadal powtarzała frazesy o postępie rozmów w San Francisco. Dopiero w sobotę 5 maja Amerykanie i Brytyjczycy wydali w tej sprawie krytyczne wobec Sowietów oświadczenia. Konferencja na temat powojennego urządzenia świata nie została jednak przerwana. Wobec bezmiaru ofiar i zniszczeń, jakie przyniosła II wojna światowa, los państw podbijanych wcześniej przez Hitlera, a obecnie przez Stalina, nie był zbyt serio brany pod uwagę. Polska została wydana na pastwę zbrodniczej potęgi w nagrodę za to, że pomogła aliantom zniszczyć inną zbrodniczą potęgę.

Nic dziwnego, że w Polsce wiadomości o jałtańskich ustępstwach wobec Sowietów przyjmowano z goryczą i niedowierzaniem. Ale nadal łudzono się, że taktyczny sojusz nie może trwać długo, a wówczas Zachód albo zmusi Rosjan do wycofania się z Polski, albo rozpocznie się nowa wojna. Czekali na nią partyzanci, coraz liczniej wypełniający lasy.

Tego samego dnia, kiedy w Londynie wiwatowano z okazji zakończenia wojny w Europie, major Jan Tabortowski „Bruzda”, dowodzący dwustuosobowym oddziałem, szykował się do odbicia żołnierzy AK i NSZ, uwięzionych przez Urząd Bezpieczeństwa w Grajewie. Wieczorem 8 maja partyzanci podzieleni na cztery grupy uderzeniowe, weszli do miasta. Trzy grupy zaatakowały siedzibę UB, komendę milicji i sowiecką komendanturę wojskową, czwarta blokowała drogi wjazdowe. Najważniejsze zadanie wykonał oddział dowodzony przez ppor. Stanisława Marchewkę „Rybę”, który ostrzelał, a następnie obrzucił granatami dwupiętrowy budynek UB (partyzanci dysponowali m.in. 14 ręcznymi karabinami maszynowymi), wdarł się do środka i uwolnił około 70 więźniów. Inna grupa zdobyła Komendę MO, gdzie milicjanci poddali się po krótkiej próbie oporu, a z aresztu uwolniono kolejnych 30 aresztantów. Gdy partyzanci otoczyli też komendanturę sowiecką, początkowo jej żołnierze zamierzali wziąć udział w walce, ale po stracie dwóch zabitych już do końca akcji biernie czekali w otoczonym budynku na dalszy rozwój wydarzeń. Oddziały „Bruzdy” zdemolowały Starostwo Powiatowe i Urząd Skarbowy, skąd zabrano znaczną sumę pieniędzy. Na ranem partyzanckie zgrupowanie opuściło Grajewo, zabierając ze sobą uwolnionych więźniów oraz wziętych do niewoli ubowców i milicjantów.

W czasie odwrotu oddział „Ryby” zniszczył jeszcze sowiecki bunkier łączności, ulokowany w pobliżu wsi Łojki. Kilku sowieckich żołnierzy zginęło w walce, wziętych do niewoli: oficera, podoficera, dwóch szeregowców oraz telefonistkę rozstrzelano. Rozstrzelano także dowódcę sowieckiej komendantury w Szczuczynie, który, jadąc samochodem na inspekcję załogi bunkra, przypadkowo wpadł w ręce partyzantów. Tutaj toczyła się prawdziwa wojna, w czasie której rzadko okazywano litość. Ale sąd polowy, któremu podczas kilkugodzinnego postoju przewodniczył „Bruzda”, chociaż skazał na śmierć schwytanych w Grajewie funkcjonariuszy UB, to jednak milicjantów potraktował łagodnie: po odebraniu od nich przysięgi, że nie będą więcej służyć obcej władzy, puszczono ich wolno. Po południu 9 maja zgrupowanie zostało rozwiązane, a poszczególne oddziały rozeszły się do swoich leśnych kwater.

Dla majora „Bruzdy” i tysięcy jemu podobnych wojna nie była skończona. Przysięgali walczyć o niepodległą Polskę i z tej przysięgi nie czuli się zwolnieni. Wciąż nie wierzyli, że Polska – zdradzona i porzucona – zostanie uznana za łup wojenny Stalina. Wciąż modlili się do Matki Jasnogórskiej i Ostrobramskiej o zwycięstwo i szczęśliwy powrót do domu.

Ryszard Terlecki

Ryszard Terlecki – „Polska w niewoli 1945-1989”, Wydawnictwo AA, Kraków 2015„.