Jest rzeczą oczywistą, że sport i polityka to dwie różne dziedziny i nie powinny mieć ze sobą nic wspólnego. Im mniej ingerencji władz państwowych w sport, tym ta druga dziedzina lepiej się rozwija. W Stanach Zjednoczonych mimo rządów socjalistycznego Baracka Obamy nie ma tam żadnego ministra sportu. Jego rząd składa się z 19 osób, ale jak widać Amerykanom nie jest potrzebny specjalista ds. szeroko rozumianego sportu. I dzięki temu USA praktycznie na każdych Mistrzostwach Świata, na każdych Igrzyskach Olimpijskich są liderami, jeśli chodzi o osiągnięcia medalowe. A jak to wygląda u nas?
Niedawno portal „Niezależna.pl” podał informację, że mistrzowie Węgier, Izraela i Szwajcarii zagrają w piłkarskiej Lidze Mistrzów, mimo że kluby te mają mniejsze budżety niż Wisła Kraków (obecnie na 1. miejscu w naszej ekstraklasie). Jak pamiętamy ta nasza „Biała Gwiazda” z Krakowa dała się pokonać (jakiejś) Levadii Tallin w eliminacjach do LM. Oznaczało to, że w tym roku jak zwykle nie zobaczymy żadnej polskiej drużyny piłkarskiej w elitarnych rozgrywkach Champions League. I kiedy wydawało się, że polskie kluby spróbują swoich sił w innych rozgrywkach – Lidze Europejskiej – okazało się, że nawet tam nie mamy czego szukać. Należąca do upadającego koncernu medialnego ITI Legia Warszawa w kwalifikacjach do LE dała się wyeliminować Broendby Kopenhaga. Do niedawna jedyną nadzieją pozostawał Lech Poznań, ale oni również zostali pokonani przez Club Brugge. W ten oto sposób nie ma już żadnej polskiej drużyny w Lidze Europejskiej.
Można się zastanowić, dlaczego w Polsce ze wszystkim, czyli także ze sportem jest tak źle? Nie może to być problem dofinansowania. Z pewnością ani Wisła Kraków, ani Lech Poznań, ani już tym bardziej Legia Warszawa nie mogą narzekać na sponsorów. Moim zdaniem problem polega na tym, że kluby sportowe są za bardzo dofinansowane nie tylko przez prywatnych sponsorów, ale pewnie i częściowo przez państwo polskie. Gdyby nie to dofinansowanie, każdy klub sportowy starałby się o to, by być jak najlepszym. Ale jeśli ma się zapewnione pewne źródło finansowania, to mało kto stara się o zdobywanie jak największych osiągnięć sportowych. Najbardziej bawi mnie serial dokumentalny na kanale „nSport” (jeden z kanałów TVN) pt. „Legia – stawka większa niż mecz”. Oglądając ten program można odnieść wrażenie, że warszawski klub osiąga wielkie sukcesy. Tymczasem ta drużyna jak już wspomniałem odpadła z Ligi Europejskiej już na starcie. Po co więc taka propaganda? TVN tylko się ośmiesza.
Sponsorzy są oczywiście potrzebni, ale nie są najważniejszym składnikiem, który doprowadzi kogoś do sukcesu. Sporo przecież zależy od samego trenera. Ważna jest także motywacja sportowców. Taka Anita Włodarczyk zdobyła złoty medal w rzucie młotem na ostatnich Mistrzostwach Świata w lekkoatletyce. Trenowała ona ze swym trenerem na zupełnym odludziu. Nie miała ona dostępu do specjalnego boiska. Nie miała dofinansowania. Trenowała w prymitywnym miejscu, a później dzięki temu w Berlinie nie tylko, że zajęła pierwsze miejsce, ale także ustanowiła nowy rekord świata w rzucie młotem. To tylko jeden z dowodów na to, że nie pieniądze dają sukces, ale ciężka praca. Pieniądze w małych ilościach służą do mądrego wydawania ich. Jeśli jednak otrzyma się zbyt duże dofinansowanie od prywatnych sponsorów, lub nie daj Boże od państwa, to bardzo łatwo można „spocząć na laurach”. I tak to niestety bywa w naszym polskim sporcie. Ta dziedzina życia podobnie jak zdrowie, edukacja, kultura itp. zostały upaństwowione. I właśnie dlatego w państwach w których ingerencja władz w sport jest znikoma, lub nie ma jej wcale, tam właśnie ta dziedzina życia lepiej sobie radzi, niż w państwach, gdzie minister sportu dofinansowuje i „wspiera” sportowców.
Wracając do informacji z portalu „Niezależna.pl” o tym, że mistrzowie Węgier, Izraela i Szwajcarii zagrają w LM, mimo że mają niższe budżety niż nasza Wisła Kraków, to trzeba zastanowić się, jak to jest ze sportem w tych trzech krajach. Na Węgrzech jest w sumie 16 ministrów, ale żaden z nich nie zajmuje się taką dziedziną, jak sport. W Izraelu ministrów jest aż 25 i jednym z nich jest minister Kultury, Sportu, Nauki i Technologii. U nas w Polsce to jedno ministerstwo izraelskie jest rozbite na 3 części: Ministerstwo Sportu i Turystyki, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Z kolei w Szwajcarii szefem rządu jest prezydent, a jego gabinet składa się w sumie z 7 osób (w Polsce mamy 20 ministrów). Jedna z tych osób zarządza Departamentem Obrony, Praw Obywatelskich i Sportu. Mimo to ani w Izraelu, ani w Szwajcarii nie ma takiego specjalisty od spraw sportowych, jakiego my mamy.
Zaraz po zakończeniu Mistrzostw Świata w Berlinie polskie władze zaprosiły wszystkich medalistów na „śniadanie”, by pokazać, że dostrzegają ogromny sukces naszych lekkoatletów. Problem polega na tym, że sportowcy bardzo ciężko pracowali na swój sukces i to bardzo często w miejscach dalekich od tzw. „standardów europejskich”, a Donald Tusk na swój sukces wyborczy właściwie nie musiał pracować. Do władzy doszedł dzięki służbom specjalnym i służalczym mediom, takim jak wspomniany TVN. On sam nie musiał właściwie nic robić. Niech więc teraz obecny premier nie stawia boisk w każdej gminie i zostawi sport w spokoju. Najlepiej niech zwolni Mirosława Drzewieckiego, a całe Ministerstwo Sportu i Turystyki zlikwiduje. Wtedy polski sport sam sobie poradzi.
Co to za sukces, gdy jakaś dobrze dofinansowana drużyna, czy sportowiec wygrywa jakieś zawody? Sukcesem jest to, gdy robi się coś z całym poświęceniem przy znikomym wsparciu finansowym i wygrywa się np. na Mistrzostwach Świata. Wstydem jest to, że mimo ogromnego wsparcia finansowego, wyniki są mizerne. Niech to będzie przestrogą dla każdego, kto chce coś w życiu osiągnąć. Liczą się chęci i umiejętności, a nie pieniądze, czy uścisk dłoni ministra Drzewieckiego.
Mateusz Teska

1 KOMENTARZ

  1. podoba mi się!i jestem pewna , że „Pani” też by się spodobało ( wiesz o kogo chodzi heh ):) pozdrawiam i życzę powodzenia przy tworzeniu kolejnych dzieł!

Comments are closed.