Nowojorski Empire State Building otworzył podwoje w samym środku Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku. Nic więc dziwnego, że wkrótce zaczęto go nazywać w mieście wieżowcem nie dość imperialnym, bo pustym (Empty State Building). Wbrew pozorom developerzy planując kolejne wieżowce zachowują się racjonalnie. 

Przykra przypadłość braku najemców na lokale w budynku od początku ikonicznym dała po latach asumpt do postawienia tezy o istnieniu tzw. klątwy wieżowcowej (scyscraper curse). Andrew Lawrence zauważył kilkanaście lat temu, że wiele bardzo wysokich budynków było oddawanych do użytku tuż przed lub zaraz po wybuchu panik finansowych i recesji. Przykłady to m.in. nowojorskie Singer Building i Metropolitan Life Tower ukończone w okresie recesji po panice w 1907 r., wymieniony „Empty” State Building, malezyjskie Petronas Towers i kryzys azjatycki 1997 r., czy Burj Khalifa najwyższy obecnie wieżowiec świata ukończony akurat w trakcie ostatniego cyklonu w globalnych finansach (2010 r.).

Niemal 100 lat temu William Clark i John Kingston oszacowali, że optymalne zyski zapewnia budynek liczący nie więcej niż 63 piętra. Dziś ta granica przesunęła się zapewne tylko nieco wyżej. Powód wyścigu w górę – koszt śródmiejskich gruntów, przyczyna pułapu – olbrzymie koszty usztywnienia konstrukcji oraz bezpiecznej komunikacji wewnątrz kolosów. Jeśli ktoś buduje wyżej, to powoduje nim przede wszystkim pycha i próżność.

Jason Barr ocenił w 2010 r., że drapacze chmur z Manhattanu są wyższe o 4-6 pięter tylko dlatego, żeby lepiej wyróżniały się na tle sąsiadów. Próżność żywi się najlepiej w latach prosperity, kiedy usypia również czujność banków finansujących wówczas także najprzeróżniejsze brewerie. Stąd podejrzenie klątwy rzuconej na inwestorów – pyszałków.

Trójka ekonomistów z Rutgers University przedstawiła wyniki badań, które wskazywałyby, że inwestorzy zachowują się mimo wszystko racjonalnie. Domniemanie oparte jest na próbie ponad 300 wieżowców wzniesionych w USA, Kanadzie, Chinach i Hongkongu. Ich wysokość konfrontowano z dynamiką PKB per capita. Okazało się, że wielkości te podążają za sobą, a więc deweloperzy idący coraz bardziej w górę odpowiadają po prostu na wzrost zamożności i na rosnące zapotrzebowanie na powierzchnię biurową.

Z rzekomą klątwą jest wszakże coś na rzeczy. Jeśli rzeczywiście dotyka czegoś i kogoś, to nie tylko Amerykanów i innych krezusów, ale także nuworyszy. Nad Wisłą urok rzucony został niemal z pewnością na warszawski „Żagiel” Libeskinda. Ów kończony jest właśnie po latach perypetii tuż obok Pałacu Kultury i Nauki oraz Dworca Centralnego. Nad Odrą rzekoma klątwa dotykająca przesadnie ambitnych nieźle pomieszała szyki pomysłodawcom wrocławskiego Sky Tower. Do Łodzi klątwa nie dotarła, bo ta, na swoje szczęście, jest jeszcze za biedna.

Jan Cipiur

Otwarta-licencja

3 KOMENTARZE

  1. Może i coś w tym jest.. chociaż też tak do końca to się nie zgodzę. Wspomniany „Żagiel” Libeskinda ma trochę przygód za sobą, ale z nowym inwestorem teraz już jest wszystko na dobrej drodze.

  2. Niemcy buduja juz lata wielkie lotnisko kolo Berlina. I ciagle cos nie dziala. Ciekawe z jakiego powodu nie chca go dokonczyc? Taki sprawny, skuteczny i oszczedny narod nagle zagubil swoje walory?

  3. I ta wpadka z VW i ich śmierdzącymi spalinami. Bardzo dziwne. Taki rzetelny, prawy, zorganizowany, uczciwy i zdyscyplinowany naród jak Szkopy, a tu taka podpadziocha – spaliny śmierdzą i szkodzą….!!!??

Comments are closed.