Foto. pixabay.com

Centralną zagadką etatyzmu, a tym samym najpoważniejszym intelektualnym wyzwaniem, jakie stoi przed każdym przyjacielem wolności, jest kwestia streszczająca się w pytaniu: dlaczego etatyzm bezspornie zawładnął światem, skoro jest to stanowisko zarówno niemoralne, oparte na niemożliwej do uzasadnienia przemocy, jak i ekonomicznie niewydajne?

Na to pytanie istnieje wiele odpowiedzi pomysłowych, ale nieadekwatnych. Odnosząc się do kilku z nich, w tekście niniejszym chciałbym naszkicować pewną nową perspektywę, która, być może, pozwoli rzucić choć mdłe światło na kilka odnośnych, a dotychczas niewyjaśnionych zagadnień.

Jedną ze zbyt prostych i zdecydowanie niewystarczających jest odpowiedź wskazująca na rolę aparatu propagandy, w tym koncesjonowanych mediów oraz upaństwowionego szkolnictwa. Owszem, rzeczony aparat pełni rolę ważną w ugruntowywaniu etatyzmu w świadomości społecznej oraz neutralizowaniu alternatyw poprzez psucie i bakierowanie pojęć, ale nie wyjaśnia swojej własnej żywotności. Dlaczego wielkie masy ludzkie pozwoliły stosunkowo niedużej grupie o mentalności despotyczno-pasożytniczej na założenie sobie tego rodzaju ideologicznego kagańca? Po istotach będących z natury rzeczy niezależnymi podmiotami można by przecież oczekiwać większego oporu. Innymi słowy, można by oczekiwać, że etatyzm i przywiązanie do ładu naturalnego rozprzestrzenią się w świecie w co najmniej równych proporcjach.

Nieprzekonująca jest też odpowiedź, zgodnie z którą agresja i przemoc stanowią zawsze ścieżkę szybszą, łatwiejszą i korzystniejszą. Może szybszą, ale niekoniecznie mniej ryzykowną. Może łatwiejszą i korzystniejszą, ale tylko w krótkiej perspektywie. Agresor może czerpać niezaprzeczalne zyski z agresji, ale niewątpliwe straty przyniesie mu zantagonizowanie całego otoczenia. Innymi słowy, optymalnym środowiskiem nie jest dla niego dżungla, w której każdy czyha na każdego, nawet wśród członków tej samej grupy rozbójniczej. Wierzący w mit hobbesowski odpowiedzieliby, że właśnie to jest powodem tryumfu etatyzmu – dżunglę zastępuje wymuszony pałką i łańcuchem ład. Bardziej wyrobieni wiedzą jednak, że scedowanie możliwości inicjacji przemocy w ręce monopolu nie tylko nie likwiduje dżungli, ale też pogłębia panującą w niej dzikość i brutalność – bo oto z plemienia drapieżników wyłaniani są arcy-drapieżnicy, rugujący wszelkie możliwości naturalnej obrony poprzez rozbrojenie swych poddanych, a także obciążający tychże poddanych kosztami wszystkich swych agresywnych działań. Inną sprawą jest to, że również pomniejsi, „prywatni” agresorzy w dalszym ciągu prosperują w etatystycznej dżungli, gdyż ich liczna obecność w społeczeństwie jest dla rządzących agresorów głównym pretekstem dla nakładania na swych poddanych coraz większych danin (przeznaczanych – nie trzeba dodawać – na „wzmacnianie bezpieczeństwa” i „walkę z przestępczością”).

Dlaczego zatem żyjemy w etatystycznej puszczy, wyrosłej na glebie, mówiąc całkowicie literalnie, „najgorszego z możliwych ustrojów”? Jak wiadomo, szacunek dla praw własności, swobodna konkurencja oraz malejąca preferencja czasowa, pociągająca za sobą budowanie struktury kapitałowej, będą w ujęciu długofalowym służyły wszystkim, włączając jednostki o umysłowości pasożytniczej i kryminalnej. Dlatego nawet ci ostatni nie powinni mieć interesu w dławieniu powyższych zjawisk w zarodku, co jednak odbywało się przez wieki, z drobnymi tylko w skali historycznej przerwami. Co więcej, nawet w gruncie rzeczy samolubne i niezorientowane masy powinny zachowywać świadomość, iż minimum uczciwej pracy w systemie swobody działania zapewni im w nie natychmiastowej, ale też nie bardzo odległej perspektywie dobrobyt wielokrotnie przekraczający to, na co mogą liczyć wskutek stworzenia wielkoskalowych systemów redystrybucyjnych, czyli wskutek gremialnego zaproszenia do podziału (rzadkich i szybko wyczerpujących się) łupów. Nie jest wreszcie tak, że w wyżej wspomnianych masach drzemie zła wola, czynna chęć szkodzenia drugiemu i rutynowego podstawiania mu nogi – skąd zatem tak rozpowszechnione wśród zasadniczo niezdeprawowanych osób poparcie dla etatyzmu?

Na ławie oskarżonych, obok sobkowskiej natury ludzkiej, propagandowego tumanienia, „życiowej krótkowzroczności” oraz szeroko rozpowszechnionej, a rzekomo nieuleczalnej ekonomicznej ignorancji (których winę sam uważam tylko za częściową, a nawet niekonieczną), chciałbym posadzić kolejnego winowajcę – ten element natury ludzkiej, który nazwałbym „imperatywem kontroli”. Imperatyw kontroli opisałbym jako naturalną skłonność większości ludzi do wyrażania aprobaty względem kontrolowania cudzych poczynań oraz do samodzielnego uprawiania podobnej praktyki. Co ważne, nie musi być to oczywiście kontrola fizyczna – najczęściej jest to kontrola wizualna czy, szerzej, informacyjna. Prawdopodobnie najpospolitszymi przykładami rzeczonego zjawiska są wścibstwo i plotkarstwo. Wielkie rzesze ludzkie lubią zaglądać w cudze żywota – zarówno w te należące do znajdujących się za miedzą sąsiadów, jak i w te należące do tzw. „osób publicznych” i ikon kultury masowej. Dla imperatywu kontroli znamienne jest to, że podległe mu osoby w coraz mniejszym stopniu zajmują się sobą i tym, co wystarczałoby do zaspokojenia ich własnych potrzeb, a w coraz większym stopniu tym, jakie potrzeby – i jakie możliwości ich zaspokojenia – znajdują się w zasięgu innych. Nie jest to więc zjawisko, które powinniśmy wiązać ze wspomnianym wcześniej egoizmem, gdyż wzorcowy egoista nie dba o życie innych i nie interesuje się nim, toteż wcale nie musi mieć jakichkolwiek zapędów kontrolerskich.

Jak słusznie wskazał w „Mentalności antykapitalistycznej” Ludwig von Mises, podstawowym źródłem tego, co nazwałem imperatywem kontroli jest zazdrość i zawiść, nierzadko połączona z obłudną racjonalizacją, zgodnie z którą lepsza pozycja jednych wynika z oszukańczego zawłaszczenia sobie tego, co (z bliżej nieokreślonych powodów) należało się drugim. Siła rzeczonej racjonalizacji jest często tak wielka, że racjonalizujący istotnie zaczynają wierzyć, że wyższy poziom życia innych nie jest zasłużoną nagrodą za pracowitość i przedsiębiorczość, albo nawet efektem pomyślnego losu, lecz nieuczciwie zdobytym przywilejem, który powinien być udziałem wszystkich. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, zwłaszcza, gdy to inni jedzą, a my oblizujemy się za szybą restauracji.

Ale – mimo wszystko – nawet najbardziej pokrętna i dwulicowa racjonalizacja nie jest zazwyczaj w stanie zlikwidować w danej osobie poczucia, że odebranie „uprzywilejowanym” ich własności przemocą byłoby rzeczą bądź to nikczemną i nielicującą z ludzką godnością, bądź to rzeczą niebezpieczną i grożącą społecznym ostracyzmem. Dlatego kontrolę wizualną czy informacyjną najłatwiej przekształcić w kontrolę fizyczną cedując zadanie jej stworzenia na siły zewnętrzne, najlepiej działające z ramienia bytu bezosobowego i de facto bezpańskiego. Żadne inne instytucje nie nadają się lepiej do podobnej cesji, niż instytucje demokracji przedstawicielskiej. Pozwalają one zawistnej i pożądliwej jednostce zlać swoją własną zawiść i pożądliwość z tą wyrażaną przez miliony innych, a następnie wykuć z niej system redystrybucyjny rękami tych, których nie można już nazwać rabusiami wynajętymi przez Leniwieckiego celem zagrabienia zasobów Skrzętnickiego, tylko egzekutorami Woli Ludu. I wówczas znikają wszelkie wyrzuty sumienia czy strach przez ostracyzmem – czynami rozbójniczymi i grabieżczymi (zwanymi odtąd czynami naprawczymi) nie kala się już żadna konkretna osoba, a jedynie wielki, kolektywny byt urojony, którego cieleśni przedstawiciele są już wyłącznie narzędziami sprawiedliwości dziejowej. Procesu dopełnia daleko posunięta rytualizacja działań rzeczonego bytu oraz towarzysząca jej neosemantyzacja, które sprawiają, że jednoznaczna identyfikacja agresji, przemocy, przymusu, złodziejstwa i zniewolenia (a co dopiero likwidacja tych zjawisk) staje się nieporównanie trudniejsza, niż wcześniej.

W tym miejscu należy zadać pytanie: skąd bierze się wspomniana zazdrość, zawiść i skłonność do porównywania się z innymi, powiązana z pragnieniem położenia ręki na cudzej własności? To oczywiście wielkie i trudne pytanie. Być może rolę grają tu względy ewolucyjne – dostrzegając, iż inni cieszą się wyższym poziomem życia, a tym samym większymi szansami na pomyślne przekazanie swych genów w przyszłość, w wielu budzi się naturalna ochota, aby w najdogodniejszy sposób zdobyć podobne szanse, choćby nawet przez siłowe odebranie ich innym. Możliwe też, że pewne znaczenie ma w tym kontekście zmysł terytorialny, podpowiadający, że lepiej wyposażone „terytorium” sąsiada stwarza potencjalne zagrożenie dla naszego własnego, które, będąc dużo uboższym, zostałoby niechybnie wchłonięte w razie ewentualnej konfrontacji. A może przyczyny powinniśmy upatrywać raczej w naszym szczególnym statusie bytów obdarzonych wolą, ambicją i miłością własną? Takie wyjaśnienie zdaje się sugerować opowieść o grzechu pierworodnym: pamiętajmy, że Ewa zerwała zakazany owoc celem pofolgowania swej informacyjnej zaborczości, nie mogąc znieść myśli, że Pan Bóg wie coś, czego nie wie ona i jej mąż. Imperatyw kontroli zdaje się być zatem najstarszą i najgroźniejszą przywarą człowieka.

Na koniec warto jednak zastanowić się, co mogłoby doprowadzić do uniwersalnego zaniknięcia tej przywary. Bo to, że możliwy jest jej zanik w skali jednostkowej czy nawet grupowej, nie ulega jakiejkolwiek wątpliwości – zwolennikami wolności i członkami stronnictw wolnościowych stajemy się przecież właśnie w wyniku zwalczenia w sobie rzeczonej słabości. Jedna, optymistyczna odpowiedź mogłaby brzmieć: rozwiązaniem jest edukacja, rzetelna i niezanieczyszczona etatystyczną indoktrynacją. Taka, jaką w coraz większej skali i w coraz większym zakresie oferuje Internet, bezgraniczny obszar informacyjnej swobody, nie znający widma akredytacji i cenzury. Ja jednak, o ile jestem jak najlepszej myśli co do rosnącego i intelektualnie zbawczego wpływu globalnej sieci, nie wierzę, że edukacja jest w stanie masowo unicestwić to, co zakodowane jest w ludzkiej naturze. Nie wszyscy rodzimy się z potencjałem zrozumienia pewnych rzeczy, i obawiam się, że tego nic nigdy nie zmieni.

Myślę za to, że zagładę imperatywu kontroli przyniesie ostatecznie dalszy rozwój technologii obronnej. Dysponujemy już dziś zarówno technologiami totalnego zniszczenia (broń jądrowa), jak i pewnymi sposobami obrony przed totalnym zniszczeniem (wyrzutnie antyrakietowe, schrony atomowe). Nie dysponujemy wciąż natomiast skutecznymi metodami obrony osobistej, jednostkowej. Feralna zasada „nec Hercules contra plures” wciąż sprawia, że pokojowo nastawiona jednostka nie jest w stanie efektywnie przeciwstawić się zmasowanemu naporowi etatystycznego aparatu przemocy. Wyobraźmy sobie jednak, czerpiąc przykłady choćby z najbardziej przechodzonych scenariuszy fantastyczno-naukowych, że wynaleziony zostaje wytwornik osobistego pola ochronnego, nieprzenikalnego dla jakichkolwiek znanych człowiekowi sił (na myśl przychodzi monolit z „Odysei Kosmicznej 2001”, ale również eksperymenty Nikoli Tesli). Choć na dziś dzień fikcyjny, nie jest to scenariusz logicznie niemożliwy. Rozpowszechnienie się takiego wynalazku doprowadziłoby de facto do ostatecznego zaniku wykonalności rozwiązań przemocowych, tak jak rozpowszechnienie się Internetu doprowadziło do zaniku wykonalności rozwiązań cenzorskich. Jedynymi alternatywami stałyby się wówczas: zabarykadowanie się w swej niezniszczalnej skorupie i powrót do siermiężnej samowystarczalności albo dobrowolna i kontraktowa kooperacja, oparta na podziale pracy, swobodnej konkurencji i nieskrępowanej przedsiębiorczości. To natomiast, jaki kształt nadaliby owemu systemowi dobrowolnej współpracy zwolennicy alternatywy drugiej, pozostaje kwestią otwartą – kluczową zmianą byłoby to, że imperatyw kontroli nie zostałby może wyrugowany z natury ludzkiej, ale stałby się w ogromnej mierze bezsilny, i czczym wysiłkiem byłyby dalsze próby kultywowania opartych na nim praktyk.

Pesymistyczna odpowiedź do powyższego scenariusza mogłaby brzmieć: globalny woluntaryzm trwałby tak długo, jak długo po jednym rewolucyjnym wynalazku nie pojawiłby się kolejny, niwelujący działanie pierwszego. Jak powyżej – taki rozwój wydarzeń również nie jest logicznie niemożliwy. Ale nawet mając na uwadze rozmaite czarne prognozy nie powinniśmy zapominać, że ostateczny ton powyższych spekulacji jest pozytywny – wyłaniający się z nich wniosek brzmi bowiem: „logika nie protestuje, a doświadczenie historyczne jest wręcz przychylne tezie, że owoce ludzkiego rozumu są nieraz w stanie wziąć w ryzy owoce ludzkich przywar”. I z tym pozytywnym wnioskiem chciałbym pozostawić wszystkich przyjaciół wolności.

Jakub Bożydar Wiśniewski

Artykuł ukazał się pierwotnie na naszym portalu 9 czerwca 2009 roku.

1 KOMENTARZ

  1. Dlaczego bogaci ludzie mieliby popierać (i finansować) socjalizm, system, który otwarcie wzywa do zniszczenia kapitalizmu, i który uczynił z nich bogaczy?
    Jeśli ktoś zrozumie, że socjalizm nie ma na celu podzielenia bogactwa, ale jest w rzeczywistości metodą na konsolidację i kontrolowanie bogactwa, wtedy pojawiający się paradoks z bogaczami popierającymi socjalizm, nie staje się w ogóle paradoksem.
    Staje się logiczne, ze socjalizm jest perfekcyjnym narzędziem dla poszukujących władzy cwaniaków. Socjalizm wcale nie jest ruchem uciskanych mas, a ekonomicznej elity.

Comments are closed.