„Maksymą każdej rozważnej głowy rodziny jest nie wytwarzanie w domu tego, czego wytworzenie będzie kosztować więcej niż kupienie” – Adam Smith

Jakiś czas temu pewien amerykański biznesmen pojechał z wizytą do Chińskiej Republiki Ludowej. Odwiedził inżyniera nadzorującego budowę tamy, przy której pracowało około stu osób z łopatami. Zdziwiony zasugerował, jak wielkie oszczędności można poczynić stosując koparkę zamiast zatrudniać tylu ludzi. W odpowiedzi usłyszał: „Pomyśl jak bardzo by to zwiększyło bezrobocie”. Biznesmen jeszcze bardziej zdziwiony odpowiedział: „A ja myślałem, że wy chcecie budować tamę. Jeśli chcecie tworzyć miejsca pracy, to zabierzcie pracownikom łopaty i dajcie im łyżki”. Trudno o dokładniejszy przykład, który lepiej ilustrowałby odrębne podejścia do problemu wolnego handlu.

Ogromna część polskiej klasy politycznej nie akceptuje fundamentalnej zasady współczesnej ekonomii, uznającej swobodną wymianę i specjalizację produkcji za źródło bogactwa każdego narodu. Niewiele różnią się oni od luddystów, którzy wiele lat temu niszczyli maszyny, protestując w ten sposób przeciwko postępowi technologicznemu, który rzekomo zabiera pracę ludziom. „Trzeba tępić technologię i wszelkie innowacje, bo wypierają one ludzi ze stanowisk”; na nic nie zdały się zdroworozsądkowe tłumaczenia, że w ten sposób system staje się wydajniejszy i skuteczniejszy, a strumienie pieniężne przepływają do innych gałęzi gospodarki. Jak się później okazało, niesamowity rozwój i kolejna rewolucja przemysłowa, generowały coraz to nowsze potrzeby, tworząc nowe miejsca pracy, co zweryfikowało ciemne scenariusze marksistów. Czy ktoś ma wątpliwości jak wiele zatrudnionych przybyło w przemyśle informatycznym, technicznym czy też muzycznym?

Zwolennicy zwiększania protekcjonizmu i ceł przypominają średniowiecznych orędowników zachowania gospodarki naturalnej, w której producent jest jednocześnie konsumentem i tworzy dobra tylko na własne potrzeby. Resztki tej starodawnej koncepcji, mimo upowszechnienia się gospodarki towarowo-pieniężnej, przekształciły się w antyrynkową, a zarazem antyrozwojową krucjatę przeciwko swobodnej wymianie handlowej. Ta spuścizna intelektualna zagraża naszej wolności, wolności każdego konsumenta, który ma prawo suwerennie podjąć decyzję, jaki towar chce kupić. Niestety moralne argumenty nie przemawiają do protekcjonistów, którzy bez wszelkich oporów zwiększają niewolę jednostki. Uderzając w ten sposób najbardziej w ludzi o niskich dochodach szukających jak najtańszych produktów.

Odwołując się do cytatu znakomitego myśliciela, ojca ekonomii Adama Smitha, możemy porównać gospodarkę narodową do jednej rodziny. Eksport jest kosztem, a import jest zyskiem. Ciężka praca i poświecenie, czego skutkiem jest wyprodukowanie dóbr przeznaczonych na eksport, to nakład, dzięki któremu rodzina może w zamian otrzymać jakieś dobra. Analogicznie jest w przypadku kraju, który ponosi koszty wyprodukowania czegoś i przeznaczenia na zagraniczne rynki, a w zamian za to otrzymuje pieniądze. Co by nie powiedzieć o ich wartości, są to umowne papierki, które ma do spożytkowania – właśnie po to, żeby między innymi kupić zagraniczne produkty. Za czasów PRL obywatele marzyli o dostępie do zachodnich dóbr ograniczonym przez autarkistyczne pomysły władzy. Teraz z powodu kłopotów gospodarczych winę zrzuca się na import, który jest dowodem na zamożność społeczeństwa, a nie na jego biedotę. Do tego przytacza się kuriozalny przelicznik promowany przez niemałą grupę polityków, według którego na ujemnym bilansie tracimy w Polsce 1,5 miliona miejsc pracy.

Bezrobocie zależy od zupełnie innych czynników niż bilans handlowy. Jego wysokość regulują przede wszystkim obciążenia podatkowe, elastyczność kodeksu pracy oraz rozmiar biurokracji, duszący wolność gospodarczą, a w konsekwencji przedsiębiorczość. Dzisiaj blisko 80-proc importu to import półfabrykatów, surowców i maszyn, które są potrzebne krajowym producentom i eksporterom. Jaki odpowiedzialny ekonomista powie zatem, że podatek importowy nie uderzy w polską przedsiębiorczość? Niedawno Dariusz Grabowski powiedział, że ten haracz można tak skonstruować, że płatnikom będzie się zwracać poniesione koszty z tytułu podatku importowego. Przykro mi, ale zupełnie nie rozumiem, co ten człowiek miał na myśli. Czysta polityka. Państwo ściąga podatek od producenta po to, żeby mu go potem zwracać?

Zakładając nawet hurraoptymistyczne dochody z tego tytułu, i tak nie wolno ograniczać swobody konsumenta, którego interes na rynku powinien stać zawsze na pierwszym miejscu. Nawet opodatkowanie tylko dóbr konsumpcyjnych przyniosłoby praktycznie same negatywne skutki dla Polaków. Import też jest przez kogoś transportowany, magazynowany i sprzedawany. Cała machina handlowa na tym ucierpi, nie mówiąc o klientach, którzy będą musieli zapłacić większa cenę, której jedynym profitem jest utrzymanie nieefektywnego państwa polskiego, a za te pieniądze konsument mogłyby kupić coś innego, zamiast podawać kroplówkę zdychającej biurokracji.

Zaoszczędzone złotówki (dzięki kupieniu tańszego produktu z zagranicy), mogę przeznaczyć na kupienie torciku u cukiernika. Niestety politycy nie rozumieją tego, że drobne knajpki, bary i lodziarnie zarabiają znacznie mniej niż by mogły właśnie dlatego, że utrzymywanie wysokich ceł uderza w biedne rodziny, które mogłyby przeznaczyć swoje dochody na większą konsumpcję. Ustalanie ceł przypomina cieszenie się z rozbitej szyby, co pozwoli zarobić szklarzowi. Zapomina się jednak w tym rozumowaniu, że osoba, która musi wydać pieniądze na jej naprawę, może sobie kupić w sklepie garnitur. Summa summarum korzyść jest większa w drugim przypadku, bo dobrobyt jest znacznie większy.

Protekcjoniści niszczą efektywność pracy i, na przykład, narodowi informatyków kazaliby szyć sobie koszulę w imię rozwoju rodzimego przemysłu tekstylnego. Gdyby Bóg codziennie czynił cuda, dając każdemu polskiemu dziecku jednego cukierka, to zapewne etatyści złożyliby do niego zażalenie, że uderza to w polski holding cukrowniczy. Co może być złego w tym, że ktoś chce mi coś sprzedać po niższej cenie, a nieraz nawet zaoferować mi coś za półdarmo? Korzystam ja i ta osoba, ale oświeconym etatystom nie podoba się taka swoboda i dlatego chcą człowieka zniewalać, ograniczając mu dostęp do rynku w imię różnych dziwnych idei, pod przykrywką patriotyzmu lub nacjonalizmu. Doktryny, która najbardziej uderza w osoby o niskich dochodach.

Idąc tropem rozumowania przeciwników wolnego handlu, powinniśmy podzielić nasz kraj na 16 regionów, z których każdy ustali wysokość ceł; im większe tym lepsze. W ten sposób w każdym z nich rozwinie się przemysł samochodowy, tekstylny, a kto wie, może nawet naftowy. A na Pustyni Błędowskiej zaczniemy hodować banany – pociągnie to za sobą ogromny wzrost zatrudnienia – od biologów po inżynierów, którzy będą się zajmować absurdalnym nawadnianiem tego piaszczystego miejsca. Ekonomiczna racjonalność to wróg przeciwników wolnego rynku. Mijają lata, świat jest targany kryzysami, rynki się załamują, a polityka dalej boi się wolnego rynku i zrozumienia, że o użyteczności decyduje mechanizm rynkowy. Niektórzy zdesperowani mają odwagę zaprzeczać jego istnieniu.

Stany Zjednoczone to najpotężniejsza gospodarka na świecie, a jej bilans handlowy jest ujemny. Recesjom w ciągu przełomu lat 1974-2000 towarzyszył zawsze rekordowo wysoki wskaźnik eksportu netto! Tak było w latach 1974-75, 1981-82 i 1990-91, kiedy USA odnotowały ogromny spadek importu (wysoki eksport netto), a nieraz nawet przyniosło nadwyżkę handlową. Z kolei szybkim wzrostom gospodarczym w połowie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zawsze towarzyszył wysoki import i jego duża przewaga nad eksportem. Dzieję się tak, dlatego, że przy wzroście PKB, czyli poprawie dobrobytu obywateli, zawsze rośnie import. W latach zwiększania się importu gospodarka amerykańska rozwija się ze średnim tempem 3,5%, a w momencie kurczenia się przewagi importu nad eksportem z tempem 2,6%. Mało tego – gdy zwiększa się ujemny bilans handlowy, spada bezrobocie o 0,4-proc, a w sytuacji odwrotnej bezrobocie rośnie o 0,4-proc.

Dzieje się tak przez przesuwanie zatrudnienia do sektorów bardziej efektywnych. Załóżmy, że Polska otworzy swój rynek na zagraniczne samochody, nie ściągając z nich cła, to co się wtedy stanie? Lawinowo wzrośnie liczba kupowanych czterech kółek przez Polaków, a stracą na tym polskie fabryki, ale zyska nieporównywalnie dużo konsumentów. Oszczędzą oni ogromne ilości pieniędzy, które wpompują innymi drogami do gospodarki. Właściciel samochodu dokupi do niego nową tapicerkę, pojedzie z nim do myjni, obsługiwanej przez polskich pracowników. Pojedzie również na stację benzynową, gdzie polski pracownik napełni mu bak, a dodatkowo skorzysta na tym skarb państwa. Albo zachowa pieniądze w banku, co oznacza zwiększenie liczby inwestycji, albo, co bardziej prawdopodobne, wyda te pieniądze na inne produkty, przyczyniając się w ten sposób do zwiększenia poziomu życia rodzin polskich. Można pójść do kina, do restauracji, do psychologa, albo nawet do supermarketu, żeby kupić włoskie buty. Nie ma to większego znaczenia, bo zawsze skończy się to wtłoczeniem większych pieniędzy w sektor prywatny, w którym znajdzie zatrudnienie osoba zwolniona z fabryki samochodowej. I wilk syty, i owca cała. Oznacza to nieporównywalnie większą korzyść dla wszystkich stron. Oczywiście jest prosty warunek – przedsiębiorca będzie mógł bez problemu rozpocząć działalność gospodarczą i zatrudnić tego zwolnionego z fabryki samochodowej. Nie będzie się użerać z urzędami, kodeksem pracy i obciążeniami podatkowymi, których za wszelką cenę będzie próbował uniknąć, co znowu oznacza nieefektywne gospodarowanie pracy. Zamiast zabawy z formularzem PIT, zawsze lepiej coś wyprodukować.

Tak w dużym skrócie przedstawia się koncepcja specjalizacji produkcji w obliczu globalizacji, która przynosi wiele korzyści wszystkim uczestnikom. Japończycy produkują sprzęt audiowizualny, Finowie produkują telefony komórkowe, Amerykanie komputery, a Szwajcarzy zegarki. Poszczególne państwa powinny czerpać jak najwięcej korzyści z wymiany handlowej i oferować pełną gamę dóbr swoim obywatelom, a nie chronić swoje rynki przed zagranicznymi towarami, które poprawiają dobrobyt. Oprócz tego nie mogą również odmawiać swoim własnym obywatelom prawa do podjęcia wyzwania i próby konkurencji z tymi tytanami. Jeśli jakiś odważny Polak chce produkować magnetowidy, zegarki albo telefony, to czy powinniśmy mu utrudniać drogę? Niech produkuje i walczy o klienta, stymulując inne firmy do walki o pozycję na rynku. Państwo ma nie przeszkadzać.

Oprócz wyżej wymienionych argumentów, przemawiających na korzyść wolnego handlu, jest jeszcze jeden – prosta proporcja: wyższy import to wyższy eksport. W miarę jak rośnie napływ zagranicznych produktów, odpływają dewizy, co skutkuje wzrostem ich ceny, czyli spadkiem ceny złotego. Jak wiadomo tańsza waluta jest znakomitym sposobem na stymulowanie eksportu – ta zależność matematyczna wyraźnie obrazuje równowagę w handlu międzynarodowym. Jednakże wzmożony import może mieć jedną wadę – spadek popytu na papiery wartościowe emitowane przez państwo. Jeszcze jeden dowód na to, że państwo więcej przeszkadza niż pomaga, bo jeśli nie byłoby deficytu budżetowego, to rynek zamiast pożyczać pieniądze państwu, udzieliłby kredytów przedsiębiorcom dzięki niższym stopom procentowym. Import zaś mógłby bez ograniczeń rosnąć i przyczyniać się do spadku wartości krajowej waluty, coraz bardziej stymulując rozwój eksportu.

Mateusz Machaj

Artykuł pierwotnie opublikowany na Stronie Prokapitalistycznej w 2002 roku.

5 KOMENTARZE

  1. W co raz więcej firmach pracownikom w ramach zaufania i humanitaryzmu pracy WŁAŚCICIELE i szefowie wręczają smartfony, aby badać ich skuteczność pracy i śledzić przez GPS gdzie są. Oczywiście wszystko jest zgodne z prawem i nie jest to poniżaniem godności i brakiem szacunku do osoby ludzkiej. Żaden jak dotychczas związek zawodowy w tej sprawie nawet się nie zająknie i nie zaprotestuje. Takie elektroniczne komunistyczne niewolnictwo pracy mamy w I połowie XXI wieku. To czego nie udało się UB/SB/WSW w Polsce zainstalować w latach 1944-1990 mamy obecnie w majestacie prawa i przy pozwoleniu podobno liberalnodemokratycznego państwa. Oczywiście mamy ustawy bardzo mądre i potrzebne w rodzaju (tfu! chyba nikogo nie obrażam) o mobbingu, molestowaniu i stalkingu (jakby nie można użyć polskiego języka – prześladowanie, nękanie, zastraszanie, podrywanie,..) i oczywiście martwe, nieskuteczne i niedziałające oraz niechroniące ludzi.

  2. System oparty na pieniadzu, zysku (=wyzysku) i jego maksymalizacji to patologia. Dokad swiat doszedl w tym wolnym kapitalistycznym szambie widac wokolo. Bieda az piszczy, zrujnowane miedzyludzkie relacje, zniszczone srodowisko naturlane i wiele innych „przyjemnosci”. A tymczasem jakis czlowiek chyba w dzungli, oderwany od faktow i rzeczywistosci chce dalej udowadniac ze to co jest to szczyt osiagniec gospodarczo-spolecznych. Ja bym autorowi polecil wizyte u okulisty i byc moze neurloga.I ludzie choruja na patologie i powinni sie regularnie na te przypadlosci badac.

  3. Moloch – państwo decydujące o wszystkim i będące wszędzie, Rząd Światowy – nie wiadomo kto decyduje o wszystkim i wszędzie bez odpowiedzialności za wpływy i bogactwa.

  4. Dotychczas nie wyszliśmy z socjalizmu. I wykonać to będzie ciężko bo obie najważniejsze partie w sejmie PO i PiS są socjalistyczne – i będą dążyły tylko do jego rozbudowy ( zwiększaniu etatów w urzędach ) oraz do wzrostu podatków i „pomocy” państwa ( a konkretnie ubezwłasnowolnienia ludzi i stworzenia „nowych niewolników” ). Partii prawicowych jest niestety niewiele – KORWIN – lecz nie mają one poparcia w mediach głównego ścieku.

Comments are closed.