22 marca 2018 roku przyniósł dwie ważne informacje. Pierwsza to deklaracja ministra Ziobry o niekonstytucyjności nowelizacji ustawy o IPN, druga to wniesienie do sejmu projektów ustaw nowelizujących ustawy sądowe.

Aż chciałoby się powiedzieć, że liderzy partii rządzącej „zrobili sobie z gęby cholewę”. Nie tylko zresztą oni, bo wraz z nimi, po raz kolejny już, popierające PiS media. Na portalu Wpolityce.pl Jacek Karnowski napisał, że jeśli to – czyli wycofanie się z części zmian w sądownictwie i opublikowanie uznawanych dotąd za nielegalne orzeczeń TK – ma być cena za dogadanie się z Komisją Europejską, to nie jest to cena zbyt wygórowana.

Brzmi to wszystko dość kabaretowo i stawia pod znakiem zapytania jakąkolwiek wiarygodność partii rządzącej i rządu. Każe też zadać pytanie, czy Polska jeszcze jest, czy już jej nie ma? Jeśli o kształcie ustawy IPN-owskiej, czy o być albo nie być reprywatyzacji w Polsce decydują politycy Izraela i Stanów Zjednoczonych (co – jak twierdzą niektórzy – oznacza jedno i to samo), jeśli o reformie sądownictwa w Polsce decydują urzędasy z Brukseli, to o czym tu w ogóle mowa?!

Jarosław Kaczyński, postrzegany przez wielu swoich zwolenników, ale i przeciwników jako genialny strateg, po raz kolejny udowadnia, że jest „cienkim bolkiem”. Nie ma się co łudzić – PiS-owski lud i tę bajkę kupi. Odpowiednio sprzedana przez lizusowatych dziennikarzy, będzie podtrzymywać mit „genialnego stratega”, który rozpisuje polityczne scenariusze na 100 lat do przodu. Pewnie ostatnia wolta PiS-u przedstawiona zostanie jako kolejne, perfekcyjne posunięcie prezesa, które teraz było konieczne, by za 100 lat przekonać się, że prezes „wiedział co robi”.

Prawda jest zapewne dużo bardziej banalna, niż wydumane analizy PiS-owskich dziennikarzy. Gdy kilka lat temu śp. prezydent III RP Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński, zrzekł się de facto suwerenności Polski. I choćby nie wiadomo jak PiS-owscy spece od marketingu i robienia ludziom wody z mózgu tłumaczyli ten epizod najnowszej historii Polski, nic tego nie zmieni. Rzekomy heroizm i wielkość Lecha Kaczyńskiego usiłuje się teraz przeciwstawiać cwaniactwu i kunktatorstwu dotychczasowego, zatwierdzonego przez tzw. autorytety III RP „bohatera” – Lecha Wałęsy. Historia jednak może okazać się bezwzględna i obaj zostaną w niej zapisani jako nosiciele czegoś, z czego nie powinni być dumni. Szkoda tylko Polski. „Dobra zmiana” okazuje się coraz bardziej udawaną zmianą. Rządzący narobili szumu, rozbudzili emocje i wlali w wielu ludzi trochę nadziei, podnieśli ciśnienie. I wszystko to po to, by teraz, w celu ukontentowania brukselskich lewaków, wyjąć korek i wypuścić całą parę. Król jest nagi, a w gruncie rzeczy chodzi tylko o kasę z Unii… No bo gdzie się podziejemy, dokąd wyjedziemy, jak już przestaniemy być tutaj premierami i ministrami, jeśli nie do Brukseli? Niedawna wizyta w Polsce pani kanclerz IV Rzeszy Europejskiej nie poszła – jak widać – na marne.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę… Kiedy Polska kurczy się coraz bardziej, kiedy nasze „elity” okazują coraz większe poddaństwo wobec ośrodków zagranicznych, w spółkach skarbu państwa toczy się prawdziwa wojna. Z szybkością światła lecą głowy prezesów i wiceprezesów, ich miejsca zajmują nowi… Czyli w jednej kwestii nic się nie zmienia. Walka o koryto trwa niezależnie od tego, czy rządzą „płomienni patrioci” z PiS, czy „złodzieje” z PO. I to w myśl słynnej zasady Józefa Stalina, zgodnie z którą „w miarę postępów w budowie socjalizmu walka klasowa zaostrza się”… Kiedyś było: „Kobiety na traktory!”. Teraz będzie: „Elektryczne auto w każdym domu!”. Rzeczywiście, jest się o co bić…

W

3 KOMENTARZE

Comments are closed.